niedziela, 26 lutego 2017

Wiza turystyczna B1/B2 do USA- Ambasada USA w Londynie

Co zrobić, gdy zwolnicie swoją planerkę ślubną i Wasze marzenia o romantycznym ślubie na portugalskiej plaży pękną jak bańka mydlana? Odpowiedź jest prosta- kupić bilety na wakacje życia w Stanach! 
Wszystko pięknie, ładnie, ale jak wiadomo przed wydaniem znacznej kwoty na bilety lotnicze musimy postarać się o wizę turystyczną.


Z racji tego, że mieszkam w Anglii, to właśnie tutaj postanowiłam starać się o wizę turystyczną. Nie będę się rozpisywać o tym jak wypełnić podanie, bo tego typu tematów jest w internecie multum i tak naprawdę bez względu na to czy będziecie jechać do ambasady w Londynie czy w Warszawie to 'robota papierkowa' wygląda tak samo. Mnie przed wizytą najbardziej interesowało jak to wygląda, gdzie mam się udać i w których kolejkach powinnam stanąć :)



Jak dobrze wiecie umawiacie się na konkretną godzinę. Przez wzgląd na dojazdy przyjechałam do Londynu dużo wcześniej, byłam wymęczona i stwierdziłam, że zamiast czekać na swoją wizytę spróbuję szczęścia i stanę w kolejce. Mam wrażenie, że nikogo nie interesuje, o której godzinie masz wizytę i bardziej to wszystko działa wg systemu 'kto pierwszy ten lepszy'.
Zalecam ubranie się stosownie do pogody, bo na samym początku postoimy trochę w kolejkach na chodniku przed samą ambasadą.

  • Gdzieś wyczytałam żeby stanąć w kolejce po lewej stronie i faktycznie tak jak oznaczyłam nr 1 na powyższej mapce to tam zaczyna się wielkie oczekiwanie. Panie sprawdzające czy mamy właściwe dokumenty co chwilę zirytowane wykrzykują, aby w trakcie oczekiwania przygotować to co potrzebne, bo ktoś je akurat zirytował tym, że się guzdrał ;) Po sprawdzeniu wszystkiego, wpisują na papierach godzinę naszej wizyty, pytają o przedmioty zakazane (lista do znalezienia na stronie ambasady, ja miałam czytnik i telefon co było okay, ale Pan z laptopem został odesłany do pobliskiej apteki, która zapewne zbija majątek na przechowywaniu tego typu rzeczy :) ) i odsyłają do kolejki oznaczonej powyżej numerem 2. Papierów nie chowamy, bo muszą być ponownie okazane przed dopuszczeniem do kolejki nr 3, która prowadzi nas do pomieszczenia przypominającego kontrolę bezpieczeństwa na lotniskach- proszę ściągnąć paski, wyciągnąć wszystko z kieszeni itd.

Nareszcie jesteśmy po drugiej stornie ogrodzenia! Jednak to oczywiście nie oznacza końca naszego oczekiwania, to dopiero początek.
W recepcji dostaniemy przypisany do nas numerek. Następnie udajemy się do kolejnej -podzielonej na dwie części- sali kojarzącej się z lotniskiem. Siadamy w części przedniej i obserwujemy sporych rozmiarów ekran z utęsknieniem wyczekując wywołania do okienka. Tam zostaniemy poproszeni o okazanie dokumentów- paszportu, DS-160 i potwierdzenia spotkania. Pamiętajcie o tym, żeby nie próbować nikomu (na żadnym etapie) wciskać papierów, które ze sobą przywieźliśmy w celu udowodnienia, że mamy powiązania z krajem zamieszkania i tego, że nie mamy zamiaru pracować w USA jeśli nie zostaliśmy o ich okazanie poproszeni. Pierwsza rozmowa wcale nie jest tą właściwą i to nie tu zostaje podjęta decyzją o tym czy wiza (a raczej promesa) zostanie nam przyznana. Dokumenty po sprawdzeniu zostają włożone do przeźroczystej teczki, dostaniemy również parę pytań typu kiedy, po co i gdzie się mamy zamiar wybrać. I znów jesteśmy odsyłani na 'odsiadkę', tym razem w tylnej części sali. Tym razem do następnej kolejki nie udajemy się samotnie, ale wraz z całym swoim rzędem. Jeśli byliście bardzo zestresowani całym procesem to uwierzcie mi, że pod koniec tego wszystkiego, przed ostatnią rozmową decydującą o wszystkim będziecie już na etapie znudzenia. Jedyne co może wprawić w lekkie poddenerwowanie to widok ludzi, którym wiza nie została przyznana. Jeśli jednak przysłuchacie się rozmowom (nie liczcie na jakąkolwiek prywatność, wszystko odbywa się przy okienkach podobnych do tych na poczcie) to szybko się zorientujecie, że ci ludzie nie dostają wizy z konkretnego powodu.

Pan w kolejce przede mną zaczął się plątać w zeznaniach. Twierdził, że jedzie sam, żona z dziećmi zostają w Anglii przez wzgląd na szkołę, znajomych niby tam nie miał, a jednak szybko zaczął przebierać nogami w miejscu i mówić: 'My pojedziemy, my zarezerwowaliśmy hotel, my mamy zamiar'. Być może był po prostu zestresowany, ale każdemu wydałoby się to podejrzane

Na rozmowie zadano mi kilka pytań:

  • od jak dawna mieszkam w Anglii
  • z kim się wybieram do Stanów
  • gdzie pracuję/czym się zajmuję
  • jak długo pracuję w tej konkretnej firmie
  • czym zajmuje się firma
  • czy odwiedzałam inne kraje
  • do jakich krajów podróżowałam
Nie proszono mnie o okazanie żadnych dodatkowych dokumentów. Szczerze mówiąc ucieszyło mnie to, bo miałam ze sobą jedynie kilka payslipów i wyciąg z konta bankowego. Zestresowałam się, gdy zorientowałam się, że dziewczyna siedząca obok mnie w poczekalni ma cały folder wypchany cholera-wie-czym. Jak się okazało nie potrzebnie :)

Wiza została przyznana, ok tygodnia po wizycie odebrałam paszport z wklejoną wizą i teraz planuję 2,5 tygodniowe wakacje :)

Wszystkim starającym się o wizę życzę spełnienia marzeń i bezstresowej wizyty w ambasadzie :)



niedziela, 7 lutego 2016

Co spakować do kosmetyczki na weekendowy wyjazd? (wiosna/jesień/zima)

Pamiętam swoje pierwsze wyjazdy i to, że każdy z nich był również nauczką- okazywało się, że po raz kolejny zabrałam ze sobą rzeczy, których nie potrzebowałam i których nawet nie wyciągnęłam z walizki. Chyba każdy się ze mną zgodzi co to tego, że nie ma nic gorszego niż ciągnięcie ze sobą wypchanej do granic możliwości torby, czerwonej pręgi na ramieniu od wciskającego się paska podręcznej 'torebki', która powinna być prawie pusta, bo bagaż rejestrowany pokazywał wagę 30 kg...
Trochę czasu minęło zanim zrozumiałam czego potrzebuję, dzisiaj chciałabym pokazać Wam zawartość swojej weekendowej kosmetyczki.

Kosmetyczka

Właśnie jej wypadałoby się przyjrzeć na samym początku. Jak powinna wyglądać? Im mniejsza tym lepsza, z miękkiego materiału, składająca się na 'płasko'. Jeśli będziecie miały sztywną kosmetyczkę to będzie zabierała zbyt dużo miejsca, nawet gdy nie jest wypełniona po brzegi. Potem tok myślenia wygląda mniej więcej tak- i tak ją muszę wziąć, złożyć się jej nie da, więc nie będę wozić powietrza i wypełnię tą pustą przestrzeń kolejnymi cieniami do powiek, których nawet nie użyję ;-) Jeśli któreś z kosmetyków przez wzgląd na swoje gabaryty nie mieszczą się w naszej kosmetyczce po prostu zapakujcie je do którejś z kieszeni w torbie podręcznej- jak tak robię z pudrem sypkim.




Makijaż/ Kolorówka


  • Podkład- tu wybieram coś z mocnym kryciem, po pierwsze dzięki temu nie będę potrzebowała zabierać dodatkowo korektora, po drugie nie będę się musiała przejmować żadnymi 'niespodziankami' wywołanymi podróżą i zmianą wody. Moje typy to Dermacol lub Double Wear.

  • Puder (sypki)- każdy ma coś bez czego nie może się obejść i w moim przypadku jest to właśnie sypki puder. Nie wyobrażam sobie makijażu bez niego. Od ponad roku używam Clinique Blended Face Powder i niedawno zaopatrzyłam się w drugie opakowanie. Jak dla mnie ideał!
  • Róż-tylko jeden. Kolor moim zdaniem uniwersalny i delikatny(co widać po stopniu zużycia ;) )
  •  Pomada do brwi- to chyba produkt, bez którego nie mogłabym się obejść. Jeśli mogłabym używać tylko i wyłącznie jednego produktu do makijażu to możecie mi uwierzyć, że byłaby to właśnie pomada do brwi.

  • Makijaż oczu, na który składają się tusz do rzęs, baza pod cienie i paletka Naked Basic. 



Czego nie zabierać?
O ile nie wyjeżdżacie do pracy jako makijażystka nie przydadzą się Wam:
-kredki w kolorach tęczy, po jednej na dzień
-zestawów do konturowania, bronzerów i 5 odcieni różu
-wielkich palet, z których użyjecie 3 cieni do powiek
-bazy i spray'u utrwalającego

Zabieram ze sobą jedynie znane mi i wypróbowane produkty. Nie ma nic gorszego niż przetrzymywanie jakiegoś produktu żeby zabrać go na urlop i z przerażeniem stwierdzić, że używając go bardziej sobie zaszkodziłyśmy niż pomogłyśmy. Zastanówcie się dwa razy zanim weźmiecie ze sobą próbki wcześniej nie używanych kosmetyków, albo skusicie się na zostawienie ulubionego podkładu w domu, bo przecież macie zamiar kupić ten polecany przez wszystkie blogerki ;)


Pielęgnacja

Niczego z poniżej wymienionych nie pakuję do żadnej kosmetyczki. Jako że i tak będzie trzeba zaprezentować całą zawartość na lotnisku, więc wszystko przewożę w przeźroczystej, plastikowej torebce. Nie dość, że widzę dokładnie po co sięgam to mam pewność, że nic się nie rozleje w torbie.
  • Szampon- wspominałam w starych postach o tym, że mam problemy ze skórą głowy. Na chwilę obecną używam tylko i wyłącznie szamponu E45 i biorę ze sobą 100ml butelkę jedynie dlatego, że jestem do tego zmuszona.
  • Suchy szampon- mała buteleczka zawsze się przyda do odświeżenia fryzury bez potrzeby marnowania czasu na mycie/suszenie/prostowanie
  • Odlany płyn micelarny- który zastąpi mi kilka produktów- żel do mycia twarzy, płyn do demakijażu i tonik. Przez tych kilka dni można zrobić sobie mały odwyk od tony produktów, których używamy na co dzień, a nasz skóra nie powinna na tym ucierpieć
  • Jeden krem- jak powyżej. Nie ma co się rozdrabniać i zabierać krem na każdą okazję- krem na noc, krem na dzień, krem pod oczy itp. Ja zazwyczaj zabieram swój ukochany Effaclar Duo
  • Pasta do zębów- śmieszą Was próbki past do zębów dodawanych do Waszych ulubionych magazynów? Następnym razem pamiętajcie, że doskonale nadadzą się właśnie na taki krótki wyjazd. Zamiast opakowania nici do zębów zabieram coś a la wykałaczki z nawleczoną nicią :)
  • Antyperspirant- ulubiona, niezastąpiona kulka od Vichy 

Czego nie zabierać?
Wiem, że w każdej sytuacji chcecie być piękne, gładkie i pachnące, ale jestem pewna, że wytrzymacie bez
-maseczek i peelingów
-balsamów do ciała
-maseczek i olejków do włosów
-żeli pod prysznic- w hotelach dostaniecie miniaturki, poza tym wystarczy kupić najtańsze mydło czy żel, którego potem nie będzie szkoda zostawić

Pamiętajcie- im więcej czasu spędzacie w łazience przed lustrem tym mniej go macie na zwiedzanie ;-)

Najlepszy suchy szampon- Herbal Essences Uplifting Volume

Wypróbowałam kilka produktów tego typu i zawsze coś mi nie odpowiadało. Najczęściej wracałam do Batiste Original, któremu niestety też daleko było do ideału- za bardzo bielił włosy, a podczas intensywnego dnia już po paru godzinach włosy znów zaczynały wyglądać nieświeżo. Podczas wieczornej wyprawy do Tesco natknęłam się na Herbal Essences Uplifting Volume, który akurat był za połowę ceny, więc postanowiłam zaryzykować.
Dzisiaj poszłam po kolejne opakowanie, które na pewno nie będzie ostatnim.



Dlaczego Herbal Essences jest najlepszym suchym szamponem wg mojego uznania?


  • włosy po jego użyciu są matowe, ale nie wyglądają jakbym posypała je mąką. Biały nalot jest bardzo delikatny i łatwo go 'wytrzepać' z włosów
  • nie wystąpiły u mnie żadne podrażnienia, które zdarzały się przy używaniu innych produktów tego typu
  • odświeża na długo- zdarza się, że nawet na drugi dzień rano nie muszę go ponownie używać, bo włosy w dalszym ciągu prezentują się dobrze
  • czego chcieć więcej? ;)
Nie oszukujmy się, ciężko znaleźć produkt idealny. Oto parę rzeczy, które mi się nie spodobały
  • nie ma żadnego efektu 'wow' jeśli chodzi o objętość. Jest jej trochę, ale szału nie robi
  • dlaczego nie ma produktu w mniejszych, podręcznych opakowaniach, które są idealne do torebki czy bagażu podręcznego?
  • mały wybór- Batiste naprawdę nas rozpuściło całkiem sporą gamą różnorakich wersji suchych szamponów. Herbal Essences do zaproponowania ma niestety tylko 3 warianty
  • trochę skleja włosy- i tak nie jest źle w porównaniu do innych produktów dodających objętość, ale trzeba o tym wspomnieć


Mała rada- o ile Batiste przyzwyczaiły nas do tego, że po ich użyciu wyglądamy jak po wypadku z workiem mąki, który eksplodował w okolicach naszych włosów to sprawda ma się trochę inaczej przy użyciu Herbal Essences. Po spryskaniu włosy robią się wilgotne i przez chwilę nie widać żadnego pozytywnego efektu, wręcz przeciwnie mamy wrażenie, że użyłyśmy lakieru do włosów. Dajcie im kilka sekund na wyschnięcie i dopiero wtedy zabierzcie się za ich układanie :) 



poniedziałek, 18 stycznia 2016

Prostownica GHD IV Styler - czy naprawdę warto?


Gdy mój ukochany Remington odszedł na zasłużoną emeryturę zdecydowałam się na kupno kolejnej prostownicy tej samej marki. Szybko zaopatrzyłam się w Remington Sapphire, a jeszcze szybciej nastąpiło gorzkie rozczarowanie i oddanie go do sklepu. Nie mam pojęcia czy to felerna była tylko moja sztuka czy po prostu ta linia nie przypadła mi do gustu, ale zdecydowałam, ze kolejnym krokiem będzie kupno czegoś od słynnego GHD.

GHD IV Styler
Cena ok 450 zł (ok.80 funtów)
Zawartość pudełka- jedynie prostownica

Prostownica jest bardzo minimalistyczna. Jeśli lubicie ‘bajery’ to będziecie srodze zawiedzione. Nie ma żadnych wyświetlaczy wskazujących temperaturę i co możne najbardziej zadziwić tych, którzy z GHD nie mieli do czynienia, nie ma możliwości ustawiania temperatury. Prosta ze mnie dziewczyna, wiec tak do końca nie rozumiem jak prostownica możne rozpoznawać porowatość włosów (szczególnie, że prostownica nagrzewa się w parę sekund, jeszcze przed rozpoczęciem prostowania) i sama wybierać odpowiednia temperaturę, ale do tej pory krzywda mi się nie stała, wiec marudzić nie będę.

Podczas czytania opinii na temat GHD, jeszcze przed jej kupnem, zauważyłam, ze znalazło się sporo osób, które twierdziły, ze ten sprzęt prostuje tak rewelacyjnie, ze włosy są proste jak druty. Uważam, ze opinie są mocno przesadzone, a wszystko tak naprawdę sprowadza się do tego jaki mamy typ włosów. Mnie osobiście niekoniecznie podobają się włosy wyprostowane tak, ze wyglądają jakby były wykrochmalone i przejechane żelazkiem, wiec jestem zadowolona z efektu jaki uzyskuje używając GHD. Jednak gustów jest wiele i podejrzewam, ze brak możliwości ustawienia temperatury na wyższą w celu uzyskania perfekcyjnej tafli  możne niektórych rozczarować.


Parę dni temu zauważyłam, że na płytkach pojawił się okropny odprysk/zadrapanie (aż za dobrze widoczne na poniższym zdjęciu). Nie przypominam sobie żeby wyczyniała z prostownicą jakieś ekstremalne cuda, więc nie za bardzo wiem jak do tego doszło. Na moim staruszku nic takiego nie stało się przez kilka ładnych lat.
'Floating plates'- czyli płytki, które zapewniają równomierny nacisk. I tu się przyczepię- żeby płytki się ruszyły potrzebny jest naprawdę mocny nacisk, a nikt chyba w ten sposób mordować włosów nie chce. Więc i z tym równomiernym naciskiem różnie bywa i wolałabym żeby płytki były bardziej 'floating', bo samo prostowanie byłoby wtedy delikatniejsze.


Podsumowanie
Uważam, że cena jest zawyżona, a opinie przesadzone. Ta prostownica nie jest żadnym świętym Graalem wśród produktów tego typu. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że inne dobre prostownice często można kupić w obniżonej cenie. Jeśli natomiast chodzi o sprzęt GHD to ciężko jest trafić na jakiekolwiek promocje, 
Moja rada? Jeśli wahacie się nad kupnem GHD ze względu na cenę to radzę wypróbować sprzęt zanim zdecydujecie się na jego kupno.
Nie żałuję kupna Stylera, ale coś czuję, że za jakiś czas powrócę do korzeni i następnym nabytkiem będzie kolejny Remington.


czwartek, 10 grudnia 2015

Kot w domu- przepisy BHP

Jestem kociarą. I psiarą. A tak naprawdę kocham wszystkie zwierzęta (może oprócz węży, bo mnie obrzydzają i świat bez nich byłby lepszy ;) ), ale swoje życie dzielę z kotem, więc dzisiaj trochę o tym. Chciałam napisać parę słów o tym co zrobić żeby naszemu kociakowi żyło się lepiej i bezpieczniej pod naszym dachem. Zaznaczam, że nie jestem ekspertem i piszę jedynie z punktu widzenia kogoś kto od lat dzieli swoje życie z wąsaczami.

* ROŚLINY



Przez wiele lat nawet przez myśl mi nie przeszło żeby sprawdzać czy moje rośliny są dla kota trujące. Kocio się po prostu nimi nie interesował. Niestety przyszedł moment, gdy po operacji i paru nocach spędzonych w klinice weterynaryjnej zawiódł go instynkt i przeżuł trującego dla niego liścia. Najpierw zaczął przyjmować zwracany pokarm, potem nawet już wodę. I znów klinika, kroplówki, leki. Mieliśmy wielkie szczęście, bo Kocio przeżył, a nerki nie zostały uszkodzone.  To była cenna lekcja. To, że Wasz kot nigdy nie dobierał się do kwiatów nie znaczy, że kiedyś tego nie zrobi. Dlatego też jeśli macie ochotę trzymać rośliny w domu warto sprawdzić czy nie są na liście tych, które mogą naszego pupila otruć i ustawić je poza jego zasięgiem. Słabo się znam na roślinach i trochę szkoda mi czasu na grzebanie w internecie, więc wszystkie moje 'chwasty' pozostają zabezpieczone.



*OKNA



O ile Wasz dom nie jest parterowy warto pomyśleć o dobrym zabezpieczeniu okien. Kotu siedzącemu na parapecie, widzącemu przelatującego w pobliżu ptaka nie przejdzie przez myśl, że on skrzydeł nie posiada i poleci w dół jak worek z cementem. Tutaj niestety może zadziałać instynkt zabójcy-łowcy. U nas okna nie otwierają się na całą szerokość, jedynie górna połówka może zostać uchylona. Nie mamy siatek zabezpieczających, po prostu nie pozwalamy kotu wskakiwać na okno jeśli jest uchylone- opuszczamy żaluzje do samego dołu i stawiamy coś ciężkiego na parapecie

*DRZWI

Te u nas są ciężkie, a nasz nie należy do najbardziej zaradnych i sam sobie ich otworzyć nie potrafi. Istnieje, więc ryzyko, że może się gdzieś zatrzasnąć. I na pewno nie byłoby to dla naszego zwierzaka przyjemne jeśli jedzenie i picie znajduje się w innym pomieszczeniu, a nas nie będzie w domu przez kilka lub kilkanaście godzin. My wszędzie używamy specjalnych podkładek zapobiegających samoistnemu zamykaniu się drzwi.


*ŚRODKI CZYSTOŚCI

Nikt z nas nie napiłby się płynu do mycia podłóg. Dobrze, więc uchronić też od tego naszego futrzaka i na czas porządków uniemożliwić mu dostęp do pomieszczenia. Nie pozwalajmy zwierzakowi biegać po mokrych powierzchniach- środki czystości znajdą się na jego łapkach, a on porządnie je wyliże...


*JEDZENIE

Zanim zacznie podkarmiać pupila jedzeniem ze swojego talerza radzę zapoznać się z listą produktów, które mogą być dla niego szkodliwe. Kilka podstawowych, którymi nie powinniśmy się dzielić to:

  • mleko
  • czekolada
  • surowe mięso
  • ziemniaki
  • białko jajka
  • psia karma
To oczywiście tylko niektóre, w znalezieniu reszty pomoże Wujek Google ;)

*KOT POD OBSERWACJĄ

Poza regularnymi wizytami u weterynarza, po poznaniu swojego ulubieńca same zauważycie, gdy jego zachowanie odstaje od normy. Nasz diabeł miał kamienie w pęcherzu moczowym i okazało się, że antybiotyki nie pomogły. Gdyby nie to, że obserwowaliśmy sytuację, mruczka by już dzisiaj z nami nie było. Warto pamiętać, że koty mają wysoki próg bólu i często nawet jeśli coś zaczyna się dziać nie będzie tego po niech widać- wtedy pomaga obserwacja np. tego jak często chodzi do kuwety, czy pojawiła się krew w moczu, jak często pije. Jeśli chodzi o choroby układu moczowego ciekawy artykuł można przeczytać *tutaj* 

*STRES

To właśnie stres może być przyczyną różnych chorób. Warto zadbać o to żeby kociak nie zostawał niepotrzebnie na niego narażany. My np. wyjeżdżając na urlop nie chcemy kota oddawać do żadnej placówki, bo zmiana miejsca wiązała by się z dużym dyskomfortem. Zamiast tego moja przyjaciółka, na której kociak się poznał i też ją lubi, przyjeżdża go karmić (dzięki Iwonka :*) Zaopatrzyliśmy się również fontannę z filtrem, więc nie trzeba się martwić, że w lecie będzie miał ciepławą, pełną kłaczków wodę.


Kupujemy też Feliway, który na czas naszego wyjazdu działa na kociaka uspokajająco.

Poniżej trochę więcej o Feliway- po kliknięciu na teks przeniesiecie się na stronę producenta, na której można obejrzeć filmik


(nie, nie jest to tekst sponsorowany ;) )

Jeśli macie coś do dodania to zapraszam do komentowania

Dobrej nocy :*


piątek, 7 sierpnia 2015

Życie Krecika czyli o tym jak dbam o oczy nosząc soczewki kontaktowe.

Zaczęło się od mrużenia oczy przed telewizorem. Potem była już tylko wizyta u okulisty i pierwsze okulary, których nienawidziłam. Nienawiść do okularów pogłębiała się wraz z pogłębiającą się wadą wzroku. Aktualnie moja wada to -6.5 dioptrii, więc Ci z Was, którzy są krótkowidzami pewnie potrafią sobie wyobrazić, że nawet przy najpiękniejszych oprawkach nie sposób nie zauważyć sporej grubości szkieł. Tutaj na ratunek przychodzą mi soczewki. Jednak okazało się, że noszenie szkieł kontaktowych wcale nie jest takie bezproblemowe jak mi się kiedyś wydawało.

W ciągu ostatnich 3 lat miałam kilka mniej lub bardziej poważnych problemów, a każda z zaistniałych sytuacji czegoś mnie nauczyła i dzisiaj postanowiłam się swoim doświadczeniem podzielić.






  • Higiena przede wszystkim!
Brzmi banalnie? A ile razy trzesz oczy do upadłego nie zastanawiając się nawet czego wcześnie dotykały Twoje palce? Ile razy nie chciało Ci się zmienić płyny w opakowaniu, w którym trzymasz swoje szkła kontaktowe?

*Zmieniaj codziennie płyn w opakowaniu do szkieł.

*Myj szkła kontaktowe- dokładne instrukcje znajdziesz na ulotce dołączonej do płynu.

*Myśl o oczach- wyrób w sobie nawyk myślenia o oczach, gdy chcesz je przetrzeć. Zastanów się jakich brudów dotykały Twoje palce i idź umyć ręce.

*Myj szkła kontaktowe- dokładne instrukcje znajdziesz na ulotce dołączonej do płynu.
*Myśl o oczach- wyrób w sobie nawyk myślenia o oczach, gdy chcesz je przetrzeć. Zastanów się jakich brudów dotykały Twoje palce i idź umyć ręce.
  • Jak najczęściej zakładaj okulary


Nienawidzę okularów, ale zdaję sobie sprawę z tego, że są dla oczu dużo zdrowsze niż szkła kontaktowe, więc z wielkim bólem serca i marudzeniem zakładam je jak najczęściej. W domu nawet nie spoglądam w stronę szkieł kontaktowych. Bez okularów spakowanych do torby nie ruszam się prawie nigdzie. Nie raz, nie dwa zdarzyło się, że podczas długiego dnia spędzonego w pracy, w którymś momencie zaczynałam czuć 'piasek' pod powiekami- wielką ulgą była zamiana soczewek na okulary :)

  • Reaguj szybko
Tylko Ty wiesz jak się naprawdę czujesz! Jeśli odczuwasz dyskomfort podczas noszenia soczewek nie męcz oczu tylko ściągnij je zanim stanie się coś poważniejszego i wybierz się do okulisty żeby ustalić co jest jego powodem. Nie słuchaj dobrych rad- jeśli czujesz, że coś jest nie tak i jesteś zaniepokojony nie zwlekaj z wizytą u specjalisty. 

  • Ćwicz oczy
Wygoogluj kilka ćwiczeń i staraj się o nich pamiętać. W dzisiejszych czasach bardzo dużo czasu spędzamy siedząc przed ekranami laptopów, telewizorów, tabletów czy naszych smartfonów. Sporo się również czyta i niestety wszystkie te czynności są bardzo nienaturalne i niezdrowe dla naszych oczu, wiec pamiętajmy o robieniu sobie przerw i praktykach paru ćwiczeń w ich trakcie.

  • Nawilżaj


Kupując krople zawsze wybieram takie, których mogę używać, gdy nosze soczewki kontaktowe. Zazwyczaj mam 2 opakowania- jedno w pracy na biurku, drugie w torebce. Jeśli robię sobie 'dzień okularnika' używam czegoś bardziej treściwego, bo mam wrażenie, że te wszystkie nawilżacze w postaci żelów sprawują się dużo lepiej (niestety nie można używać ich w połączeniu z soczewkami). Na noc za to aplikuję specjalny lubrykant. 

  • Mrugaj
Przecież robię to cały czas! Tak właśnie myślałam, ale dopiero kolega z pracy zwrócił mi uwagę na to, że mrugam bardzo rzadko. Jako że mruganie jest naszym naturalnym nawilżaczem warto sobie o nim przypominać, ponieważ siedząc przed komputerem mrugamy z mniejszą częstotliwością. Dla mnie takim przypomnieniem jest właśnie kolega, który przechodząc obok mojego biurka za każdym razem krzyczy 'Mrugaj!'. Nie potrzebujesz kolegi- przyklej sobie karteczkę z namalowanym okiem przy ekranie :)

  • Obetnij paznokcie
Albo skróć chociaż jeden, ten na palcu, którego używasz do zakładania i ściągania soczewek. I nie piszę o tym tylko dlatego, że pod długimi paznokciami ucztują bakterie, po prostu chodzi o to, że można się przez przypadek takim szponem zadrapać i problem sprawia nawet wyciąganie soczewek z opakowania.
  • Sprawdzaj daty ważności
Pilnuj daty przydatności swojego płynu, soczewek i kropli do oczu. Na butelce zapisz sobie datę otwarcia (np. markerem i zaklej napis kawałkiem przeźroczystej taśmy klejącej dzięki czemu się nie zmaże) żeby wiedzieć kiedy się jej pozbyć i zaopatrzyć w nową :) Czytaj ulotki, bo większość kropli do oczu ma jedynie miesiąc ważności od daty otwarcia.
  • Obserwuj jak reagujesz na kosmetyki
Bardzo lubię ładnie podkreślone oczy- wyraźna kreska i pięknie wytuszowane, wydłużone rzęsy zawsze się sprawdzają. Zauważyłam jednak, że kosmetyki, których używam do takiego makijażu nie zawsze mi służą, więc na co dzień wybieram te, które nie dają efektu 'wow', ale przynajmniej na drugi dzień nie mam przekrwionych, suchych oczu. 



  • Rozważ zamianę soczewek na jednodniowe
Przez wiele lat nosiłam soczewki 3 i 1-miesięczne. Potrzeba było infekcji oka żebym dała się przekonać do soczewek jednodniowych. Ryzyko jakichkolwiek infekcji jest dużo mniejsze jeśli używamy jednorazówek- nie ma żadnych płynów, czyszczenia szkieł itp. Wszystko jest po prostu dużo bardziej higieniczne. Jedyne czego musisz się dowiedzieć to przez ile godzin dziennie możesz maksymalnie nosić swoje jednodniowe szkła kontaktowe. 

Pamiętajcie- nie jestem lekarzem okulistą, a jedynie dzielę się swoimi doświadczeniami po przebytych infekcjach, zadrapaniu na oku i suchej plamie.

Jeśli macie jakieś szczególne sposoby dbania o zdrowie oczu bardzo chętnie o nich przeczytam, takich informacji nigdy dość! :)


piątek, 31 lipca 2015

Moje sposoby na łatwe przyswojenie sobie języka obcego.





Zacznijmy może od tego, że nie wyobrażam sobie życia w jakimkolwiek kraju bez 
przynajmniej podstawowej znajomości języka w nim obowiązującego. Mieszkanie w obcym kraju to nie tygodniowy urlop i nieznajomość języka może wpędzić nas w problemy, a nawet zagrozić życiu. Jeśli ktoś uważa, że przesadzam i wyolbrzymiam niech sobie odpowie na proste pytanie- jeśli Tobie, Twojemu partnerowi, dziecku czy po prostu komuś z domowników coś się stanie ile czasu zajmie Ci wezwanie karetki? Tak, rozmowa może zostać przekierowana do osoby posługującej się naszym językiem, ale właśnie wtedy wydłuża się czas oczekiwania.

Oczywiście nie od razu Rzym zbudowano, a znajomość wybranego języka nie pojawia się z dnia na dzień. Byłabym hipokrytką, gdybym starała się Wam wmówić, że od razu po przyjeździe do Anglii miałam wspaniałą pracę i czytałam Hamleta w oryginale. 
W szkole miałam bardzo poważne problemy z językiem angielskim i parę razy musiałam pojawiać się na sierpniowych poprawkach...
Pamiętam jakie przerażenie budziła we mnie otwartość Anglików, którzy starali się zagadywać w sklepie czy na przystanku.

Nigdy nie lubiłam ślęczeć nad podręcznikami, a nauka najłatwiej przychodzi mi poprzez praktykę, więc chciałam się dzisiaj podzielić z Wami kilkoma rzeczami, które sprawiły, że nauka języka angielskiego nie była koszmarem.


  • Oglądaj programy w oryginalnym języku
Koniec z polską telewizja w Anglii! Macie ochotę obejrzeć głupkowaty serial? Nie ma nic w tym złego, ale dlaczego nie zacząć oglądać angielskich/amerykańskich programów? Boisz się, że nie wszystko zrozumiesz? Zawsze jest możliwość włączenia napisów dla głuchoniemych. U mnie przejście do oglądania programów tylko i wyłącznie po angielsku przeszło przez kilka etapów:
Etap 1- oglądanie programów z polskimi napisami
Etap 2- oglądanie programów z angielskimi napisami
Etap 3- oglądanie programów po angielsku :)



Dla wyjaśnienia- nie namawiam do odcięcia się od Polski, bo nie o to chodzi, jednak po obejrzeniu wiadomości o 19:00 przełącz na E4 i płacz ze śmiechu oglądając The Big Bang Theory :) Nie wspominając o tym, że wspaniale jest dowiedzieć się o czym są piosenki z naszego dzieciństwa, gdy w końcu możemy zrozumieć tekst :D


  • Otwórz się na nowe znajomości
Nasi rodacy są wszędzie, ale idąc do pracy wcale nie musisz ograniczać się do pozostawania w ich gronie. Wielu Polaków popełnia ten błąd, a to właśnie rozmowy z tubylcami, wsłuchiwanie się w to co i jak mówią najszybciej pomoże nam w nauce języka. Tutaj nie ma się czego wstydzić! Anglicy są wyrozumiali, nie śmieją się z naszych błędów, kulejącej gramatyki niepoprawnej wymowy. Niestety sami raczej nie zaczną nas poprawiać, więc swoich znajomych poprosiłam (zmusiłam) do upominania mnie, gdy popełniam błędy.



  • Zacznij czytać po angielsku


Nie rzucaj się na głęboką wodę, bo sprawdzanie co drugiego słowa w słowniku tylko Cię zmęczy i zniechęci do kontynuowania czytania. Zacznij od czytania książek dla dzieci lub nastolatków, tanie romanse też dobrze się tu sprawdzą, bo nie ma w nich trudnego, wyszukanego słownictwa. Jeśli książka to trochę zbyt wiele jak na początek warto sięgnąć po gazety- ja bardzo często nabywałam magazyny plotkarskie (proste słownictwo) lub darmowe gazety, które można znaleźć w autobusach.


  • Dostosuj się do rzeczywistości.
Ustaw sobie w telefonie menu po angielsku, wybierz się do kina na głupawą komedię, a w drodze powrotnej do domu zajdź do lokalnego chip shop'u i przy okazji zamawiania kebaba zamień parę słów z obsługą :)
Mieszkasz w Anglii? Zacznij w niej również żyć! Dużo ludzi zamyka się w magicznym kręgu polskości- zakupy spożywcze tylko w polskim sklepie, otwarcie konta w banku, w którym znajdą polską obsługę, obracanie się jedynie w gronie polskich znajomych, nawet jeśli wychodzą do kina to tylko wtedy, gdy wyświetlany jest polski film! Skutkiem tego jest mnóstwo ludzi, którzy siedzą w Anglii np. 10 lat, a nie potrafią sklecić najprostszego zdania po angielsku. Wiecie co? W jakimś stopniu rozumiem to, że Anglicy źle się o nas wypowiadają jeśli przyjeżdżamy do ich kraju i próbujemy sobie tu stworzyć kolejną Polskę. Tak, wiem, że tak samo było z Azjatami, ale czy naprawdę chcemy być tacy sami? Ja chcę opowiedzieć Anglikom o tym jaka wspaniała jest Polska i Polacy, ale żeby móc to zrobić muszę się jakoś z nimi porozumieć ;)

Jeśli macie swoje sposoby na pogłębianie znajomości języka obcego to zapraszam do komentowania, bo jeszcze dużo nauki przede mną ;-)

Buziaki

Ania